Jeśli wydaje Wam się, że jedna doba we Włoszech to nierealny plan to spieszę z zapewnieniem,
że to wystarczy! Lot z Warszawy trwa niecałe 2 godziny i lądujemy w miejscu z którego wyjątkowo łatwo dostać się do wielu pięknych miasteczek. Dzisiaj pokażę Wam jak wyglądał jeden z naszych zwariowanych dni i do tego na pokładzie mieliśmy bobasa. Tekst powstał we współpracy z Huawei. Zostawiłam lustrzankę w bagażu, a zdjęcia do tego posta robiłam smartfonem Huawei P10. Tak było mi dużo wygodniej i przyjemniej. Polubiłam ten sprzęt i ostatnio fotografuję nim non stop. Więc jeśli macie ochotę na włoskie lody, włoską pizzę lub po prostu włoskie widoki, to z powodzeniem możecie powtórzyć taki wypad! Bo dlaczego nie? My wprawdzie zostaliśmy później w Siusi, ale można spokojnie spędzić noc w Hotelu w Bergamo,
a rano wrócić do Warszawy. To co w drogę?

6:00 – lot z Warszawa Okęcie do Bergamo

Wstajemy o 4:00, a o 5:00 jesteśmy już na lotnisku, by o 6:00 usadawiać się wygodnie w samolocie. Jesteśmy obłożeni torbami i nowymi zabawkami dla Teo i wznosimy się w powietrze. Lot trwa krótko, bo ok. godziny i 40 minut, a większość pasażerów samolotu go przesypia. My nie mamy tyle szczęścia
i przez cały czas w podróży towarzyszy nam Świnka Peppa. Samolot większość trasy leci się nad szczytami górskimi. Ich widok zachwyca.

IMG_20170327_083137_resized_20170330_093104403 copy IMG_20170327_085527_resized_20170330_093045967 copy IMG_20170327_083227_resized_20170330_093045443 copyIMG_20170327_090627_resized_20170330_093046493 copy

9:00 – kawa w Peschiera del Garda

Lądujemy w Bergamo, szybciutko odbieramy wynajęty samochód i ruszamy autostradą w stronę Lago di Garda. Włochy budzą się dopiero do życia, a wszystko idzie zadziwiająco sprawnie. Nie jedliśmy śniadania, więc decydujemy się zatrzymać w Peschiera del Garda na kawę i rogalika. Oczywiście nie obejdzie się bez zdjęć. Fotografowanie jedzenia to jeden z moich ulubionych tematów. Huawei daje radę w tym temacie. Miasto jest urzekające i położone niedaleko zjazdu z autostrady, wiec bardzo łatwo dostępne. Mamy swoje małe dramaty, bo wypakowując wózek z bagażnika okazuje się, że zgubiliśmy koło. Wizja wracania do Bergamo trochę nas przeraża. Ale okazuję, że zawieruszyło się za przednim siedzeniem. Ufff, czyli jednak ten dzień ma szansę być udany. Robimy sobie krótki spacer po mieście. Teo bawi się kamykami, my siadamy na krawężniku. Nie mamy czasu zaprzątać sobie głowy placami zabaw, ale nasze dziecko jest bardzo szczęśliwe.

edf

IMG_20170323_145714_resized_20170330_093043669 copy

cof

11:00- dzień dobry Bolzano

Opuszczamy Jezioro Garda i kierujemy się w stronę szczytów górskich i stolicy Południowego Tyrolu, czyli Bolzano. Miasto urzeka nas swoim zorganizowaniem i austriackim uporządkowaniem w duecie
z włoską duszą. Parkujemy blisko Centrum i przekładamy Teo do wózka, a ten natychmiast zasypia. Super, mamy czas na spacer i pierwsze zapoznanie się z miastem. Mijamy wąskie uliczki, trochę błądzimy. Miasto podoba baardzo nam się podoba. Robię zdjęcia jak szalona. Pierwszy raz od dawna nie wyciągam lustrzanki, stawiam na zdjęcia smartfonem. To są moje pierwsze dni testów Huawei P10 więc sprawdzam wszystkie opcje. Moim ulubionym jest tryb małej przysłony, zresztą widać po zdjęciach.

edf

edf

edf

edf

IMG_20170318_143902_resized_20170402_074710859 copy

13:00 – przerwa na południowo tyrolski obiad

Teo budzi się z drzemki, a my siadamy do pierwszej lepszej knajpki na obiad. Wydaje się atrakcyjna,
nie mamy nic sprawdzonego, więc próbujemy wsłuchać się w instynkt. Mamy ogromną ochotę
na włoską pizzę, a w karcie tylko kiełbaski i kapusta, ale zamawiamy i próbujemy. Kolejne zaskoczenia w Południowym Tyrolu. Dla mnie na minus, dla Kuby na plus. Jedzenie jest treściwe i ma coś z włoskich specjałów, ale jednak w cięższym górskim wydaniu. Wygląda jak przysmak drwala. Zdjęcia jedzenia wychodzą mimo to bardzo ładnie, ustawiam tryb małej przysłony i ustawiam ostrość na kiełbasę (jak to brzmi?) dzięki temu pierwszy plan jest ostry, a dalszy rozmyty.

edf

edf

edf

16:00 – pierwsze spojrzenie na Dolomity

Wsiadamy do wynajętego auta i podjeżdżamy serpentynami do Siusi, które będzie naszą bazą
na najbliższy tydzień. Zatrzymujemy się po drodze kilka razy, aby odetchnąć świeżym powietrzem, napić się kawy i pobawić z Teo, bo widoki zapierają dech w piersiach. Nie mogę oprzeć się zdjęciom. Fotografuję jak szalona. Smarton z dobrym aparatem to jest taka wygoda, nie muszę wdrapywać się z 2 kilogramową lufą na szczyt.

edf

IMG_20170320_110915_resized_20170330_092541382 copy

18:00 – zachód słońca nad Szczytami

Docieramy do Siusi, słońce powoli zachodzi, a my mimo zmęczenia nie możemy darować sobie pierwszego spaceru po miasteczku. Jest pięknie. Małe uliczki wypełnione alpejskimi domkami, a w tle górująca nad miastem potężna skała. Teo zachwyca się konikami. My zamawiamy aperola i lody
i cieszymy się relaksem po męczącym dniu.

IMG_20170324_101026_resized_20170330_093044956 copy IMG_20170323_152257_resized_20170330_093044380 copy

edf

edf

IMG_20170318_172716_resized_20170402_074648372 copy

Wszystkie zdjęcia ilustrujące wpis zrobiłam smartfonem Huawei P10, bo kiedy tyle się dzieje wygodniej jest mieć przy sobie takie maleństwo.