Śmieje się do telefonu przeglądając Instagram. “Rozmawiasz ze Śliwką” – pyta mój mąż? Dokładnie tak.

Marta Śliwicka, współautorka bloga BURCZYMIWBRZUCHU i książki BURCZYMIWBRZUCHU Śniadania, współwłaścicielka firmy specjalizującej się w social mediach, mama dwójki dzieci, żona, dumna mieszkanka Sopotu i wspaniała dziewczyna. Postanowiłam przeprowadzić z nią wywiad podróżniczy, gdyż jest jedną z moich największych inspiracji. Podróżuje dużo i nietypowo. Nie zadowala się oczywistymi destynacjami, ale zachwyca się tymi mniej znanymi. Odwiedza najlepsze restauracje świata, a wszystko smakowicie relacjonuje na swoim Instagramie. Do tego jest wyluzowana, zabawna jak nikt i bardzo zdystansowana do siebie i świata. Zachęcam Was do zaobserwowania jej profilu na IG, nigdy tego nie pożałujecie, oglądając jej stories będziecie śmiać się do łez. Zapraszam Was do przeczytania wywiadu, gdyż Marta opowiada bardzo szczegółowo o swojej podróży do Japonii, poleca niesamowite restauracje na świecie, przepiękne hotele i tak pisze o jedzeniu, że wszystkim nam będzie się ono śniło. Poznajcie tę cudowną dziewczynę i zainspirujcie się jej wyjazdami. Zapraszam.
Fushimi Inari Kioto 1

Hoshinoya Fuji (Fujikawaguchiko) Nara Japonia Fushimi Inari Kioto Hotel z onsenami (Kaga Onsen)Processed with VSCO with a5 preset

Marta jakim typem podróżnika jesteś? Z plecakiem i pod namiotem czy w hotelu?

Totalnie w hotelu. Gdy byłam młodsza, podobały mi się te wszystkie przygody pod namiotem, ale muszę szczerze powiedzieć, że teraz bardzo ważne w podróżowaniu jest dla mnie komfortowe miejsce do spania. Nie muszą to być wielkie luksusy, ale podstawowe potrzeby sanitarne lubię mieć porządnie zaspokojone. Gdy jestem też w jakimś nieznanym mi dotychczas miejscu, hotel jest też dla mnie bezpieczną przystanią, zawsze mogę skonsultować z obsługą moje plany, zapytać o radę. 

Absolutnie to rozumiem. Też często tak robię, zagaduję recepcjonistów, korzystam z tego, że pracownicy znają miasto. A jak zaczęło się Twoje podróżowanie? Pamiętasz swoją pierwszą podróż w życiu? 

Z rodzicami zawsze dużo podróżowaliśmy, dlatego nie jestem chyba w stanie wskazać konkretnej, pierwszej podróży. Odwiedzaliśmy głównie Europę, robiliśmy samochodowe objazdówki po Francji czy Niemczech, odwiedzaliśmy też turystyczne klasyki- Wyspy Kanaryjskie, Kretę czy Cypr. Bardzo dobrze to wspominam i ciągle czekam, aż moja córka nieco urośnie, żeby jej mocno nie wymęczyć takimi wakacjami. 

Wiem, co masz na myśli:) Bardzo dużo podróżowałaś jako dziecko, wspominasz jakiś wyjazd szczególnie dobrze?

Najlepsze wspomnienia mam z Konstancji w Niemczech nad jeziorem Bodeńskim. Jeździliśmy tam z rodzicami bardzo często, ukochaliśmy sobie to miejsce. A uwierz w tym mieście można zakochać się od pierwszego wejrzenia, mój mąż przyjechał po raz pierwszy ze mną kilka lat temu i ciągle chce wracać. Uwielbiam wskakiwać na rower i jeździć po położonej nieopodal wyspie Reichenau, której trasy rowerowe biegną przez pola warzyw. Inna moja ulubiona trasa prowadzi na wyspę kwiatów Mainau, to jeden z najpiękniejszych ogrodów botanicznych na świecie z tysiącami odmian kwiatów. Kilka lat temu przyjechałam akurat w środku sezonu kwitnienia dalii, to było magiczne doświadczenie. Z rowerem można przejechać też jezioro promem i trafić do Meersburga, malowniczej, średniowiecznej miejscowości otoczonej pięknymi winnicami. 

Najlepszym dowodem na to, jak bardzo lubię to miejsce jest fakt, że postanowiłam tak samo nazwać córkę Konstancja (śmiech). 

Po Twoich opowieściach marzę o Konstancji od zeszłego roku. Chyba się wybiorę. A generalnie preferujesz podróże po Polsce czy zagraniczne?

Lubię i to i to. W Polsce kocham krótkie wypady na Kaszuby. Tam znajduję najpiękniejsze lasy i jeziora, a że z Trójmiasta to tylko kilkadziesiąt kilometrów, można zawsze spontanicznie ruszyć w weekend. Najcześciej, na jednodniowe wycieczki, jeździmy do miejscowości Stawiska. Jest tam taki stary, trącący nieco myszką, ośrodek, w którym spędzałam wakacje jako dziecko, stąd moja słabość. Przemierzałam z dziadkiem kilometry lasami, w poszukiwaniu grzybów i jagód, prowadziliśmy długie rozmowy o życiu, których bardzo mi dzisiaj brakuje. Wracam do tego myślami spacerując tymi samymi trasami z moimi dziećmi. Po spacerze w lesie polecam obiad w Oberży w Konarzynach, super miejsce z najlepszym schabowym na świecie. 

Inny polski kierunek, który uwielbiam to Podlasie. Ostatnio zaliczyłam je po raz czwarty. Śpimy w miejscowości Budy, między Hajnówką a Białowieżą, w środku puszczy. Jest tam niezwykle sielsko, a spacery po tych pięknych lasach relaksują mnie jak nic innego (oprócz mieszania risotto). Podlasie jest niezwykle różnorodne kulturowo, dominuje tam prawosławie, ale jest też sporo katolików, znajdziecie tam też mniejszość islamską i żydowską. To wszystko wpływa na krajobraz, warto się w niego zagłębić robiąc samochodową objazdówkę między cerkwiami (moje ulubione znajdują się w Narewce, Trześciance, Puchłach, Łosince, Nowoberezowie), choć trzeba celować w czas nabożeństw, żeby obejrzeć je od środka. Po drodze możecie zagłębić się też w tzw. Krainę Otwartych Okiennic zaczynającą się w miejscowości Soce. To droga między tradycyjnie wymalowanymi domami. Lubię też objeżdżać wsie przy samej białoruskiej granicy, czas się tam zatrzymał (Świsłoczany- Mostowlany-Jałówka). 

A co jeść? Moje ulubione miejsce to Tatarska Jurta w Kruszynianach, to autentyczne tatarskie smaki, których nie znajdziecie chyba nigdzie indziej w Polsce (spróbujcie słynnego pierekaczewnika, dostępnego po 13, do wyczerpania zapasów). Po obiedzie warto zobaczyć meczet w Kruszynianach i tatarski cmentarz. Uwielbiam też jeść w restauracji Carskiej, to piękne miejsce w przerobionym na restaurację starym dworcu. Znajdziecie tu tradycyjne smaki jak pielmieni, zupa ucha czy dziczyzna. Carska to także piękne apartamenty, jeśli ktoś szuka większego luksusu niż agroturystyka. 

Chciałabym też częściej “rzucać wszystko i jechać w Bieszczady”, bo choć byłam tylko raz, strasznie spodobał mi się tamten klimat. 

No i nie zapominajmy o Warszawie, dla mnie to nie dom, dla mnie to wycieczka. Kocham to miasto miłością wielką, kocham jej ducha, ludzi i świetne restauracje, których tak licznie nie można doświadczyć w Trójmieście. 

Ale czy mogę powiedzieć, że wolę jeździć zagranicę niż w Polskę lub na odwrót? Dla mnie to dwie różne sprawy, nie potrafiłabym porzucić jedną rzecz dla drugiej. Podróże zagraniczne bardziej kształcą, otwierają oczy na zupełnie inne kultury, poszerzają horyzonty. 

Processed with VSCO with a4 preset

Processed with VSCOcam with f2 preset

Cerwiew w Trześciance Podlasie Meczet w Kruszynianach Podlasie

A gdzie najdalej leciałaś?

Do San Francisco i do Tokio. 

Processed with VSCO with a6 preset

Processed with VSCO with a6 preset

Processed with VSCO with hb2 preset

Processed with VSCO with a6 preset

Processed with VSCO with hb1 preset

Processed with VSCO with a5 preset

Processed with VSCO with a4 preset

Processed with VSCO with m5 preset

I masz jakieś sposoby na bardzo długi lot samolotem?

Nie mam i podziwiam wszystkich, którzy potrafią. Chciałabym intensywniej zwiedzać świat, ale te długie loty mnie trochę powstrzymują, szczególnie nie wyobrażam sobie tego z dziećmi. 

Ja też! Na przykład lot z dzieckiem do Australii, wyczyn! A czy udało Ci się być już na wszystkich kontynentach?

Nie, no co ty! Byłam tylko na trzech, ale staram się nie tworzyć w głowie planów pokroju- musze być na każdym kontynencie, albo musze zwiedzić tyle i tyle krajów. Nie jestem kolekcjonerem, nie lubię odhaczać. 

Jaką podróż wspominasz najlepiej z dotychczasowych? 

Japonię. Mam wrażenie, że marzenie o tej podróży siedziało we mnie od zawsze, ale bałam się nieco tej egzotyki i gdzieś przesunęłam je w głowie na czas nieokreślony. Pamiętam dokładnie kiedy się zmaterializowało. Oglądałam instastory (czy wtedy snapchata?) Beth Kirby z Local Milk, która najpierw zanurzała się w Tokio, potem w Kioto, a następnie moczyła w najbardziej klimatycznym ryokanie (japoński “zajazd” wypoczynkowy) z onsenami (gorącymi źródłami). Pomyślałam- ej, dlaczego ona może a ja sobie wmawiam jakieś bariery, których de facto nie ma? I zaczęłam planować podróż, konkretnie, z hotelami, miejscówkami, transportem. Obdzwoniłam wszystkich znajomych, który w Japonii byli i zaprosiłam ich na kawę. 

Nie potrafię zliczyć godzin, jakie spędziłam na planowaniu. Wpadłam w to bardzo głęboko, aż w pewnym momencie musiałam się wycofać z szukania i wejść w fazę dopracowywania tego, co już znalazłam. Gdy pokazałam mój plan kumplowi, który w Japonii był naście razy, powiedział tylko- Ej, kto ci ten plan zrobił? Jest świetny (śmiech). 

Zwykle lubię mieć listę miejscówek, szczególnie restauracji, ale mieć jednak jakiś luz na miejscu, dać sobie możliwość modyfikacji w oparciu o to, co zastaniemy na miejscu. Tym razem miałam listę główną i listę zapasową. To chyba ze strachu przed kulturą, której nie znałam. Ale gdy wylądowaliśmy, po pierwszej ekscytacji i lekkiej histerii, związanej z tym, że w końcu TU jesteśmy, zaczęliśmy mieć luz i traktować Tokio jak nasze miejsce. 

Do Japonii przyjechaliśmy na łącznie trzy tygodnie. Pierwsze 4 dni spędziliśmy w Tokio. To pełne kontrastów miejsce, które najpierw onieśmiela swoją wielkością, dźwiękiem, światłami, a później uzależnia. Tam chyba czułam się najlepiej, szczególnie, gdy odkryłam dzielnicę Daikanyama, z małymi domkami i życiem w stylu slow. Uwielbiam Tokio za to, że z najgłośniejszej ulicy na świecie, z neonami i szaleństwami, jakich nie znajdziecie nigdzie indziej, nagle możecie wpaść do najspokojniejszego parku z wielkimi drzewami i szerokimi ścieżkami, zakończonymi jakąś piękną świątynią i tam odnaleźć spokój. 

Z Tokio ruszyliśmy na jednodniowy wypad do Matsushimy, miasta leżącego nad oceanem, gdzie jedliśmy najlepsze ostrygi z grilla, a później ruszyliśmy do Kioto. W Kioto byłam nastawiona na piękne, vintage dzielnice, myślałam, że całe miasto zbudowane jest z klimatycznych, drewnianych domków i nieco się zawiodłam. Bo Kioto to jednak metropolia, a klimatyczne miejsca pojawiają się tylko co jakiś czas. 

Pierwszego dnia w Kioto spotkało mnie jednak coś, co było chyba dotychczas największym zachwytem mojego życia. Na pierwsze dwie noce (budżet nie pozwalał na dłużej) zarezerwowaliśmy super hotel- Hoshinoya Kyoto. Wiedziałam, że będzie świetny, ale nie przypuszczałam, że AŻ TAK. Do hotelu dopływało się drewnianą łodzią po rzece Katsura. Na brzegach rzeki rozciągały się lasy Arashiyamy (najpiękniejszej, zielonej dzielnicy Kyoto), a że akurat trafiliśmy na pełen rozkwit kwiatów wiśni, lasy były całkowicie różowe. Dodatkowo, na rzece akurat osadziła się mgła. Chwyciłam za aparat i fotografowałam jak szalona. Do dziś najchętniej wracam do tych zdjęć. Hotel składał się z małych, drewnianych domków, podwieszonych prawie nad rzeką, z okna widzieliśmy kwitnące wiśniowe drzewo i słuchaliśmy śpiewu ptaków i szumu rzeki. No bajka. Zakochaliśmy się do tego stopnia, że mimo ciasnego harmonogramu dnia, postanowiliśmy tego dnia zostać w hotelu i upajać się ciszą. Serce nas bolało, gdy po dwóch dniach musieliśmy się wyprowadzić do najtańszego hotelu, jaki znaleźliśmy (cięcie kosztów, heh). 

W Japonii odwiedziliśmy też Uji (miasto zielonej herbaty), Narę (z latającymi po ulicy dzikimi jelonkami i wielką buddyjską świątynią), Osakę (której nie zwiedziliśmy zbyt wiele, bo była dla nas raczej bazą wypadową) i ruszyliśmy pod górę Fuji, a konkretnie do Fujikawaguchiko. To też zrobiło na mnie wrażenie, zobaczyć majestatyczną górę Fuji na własne oczy… choć powiem ci szczerze, że dwa dni patrzenia na nią non stop sprawiło, że jej widok stał się dla mnie nieco oklepany (śmiech). Tam też wybraliśmy piękny hotel Hoshinoya Fuji, który składał się z jakby prostopadłościanów ułożonych na sobie, każdy z widokiem na górę Fuji. Siedzenie wieczorami na balkonie pod przykryciem z ogrzewanego koca było świetnym doświadczeniem. Tamte rejony są też fajne na rower, ostatnio wysłałam tam część mojej rodziny i byli bardzo zadowoleni.

Na koniec wylądowaliśmy w końcu na północy, żeby tak jak wspomniana Beth, zażyć kąpieli w gorących źródłach. No i paradoksalnie, mimo że było przepięknie, trochę nas rozczarowały. Bo ileż można moczyć się w gorącej wannie? (śmiech)

Tokio Tokio 2 Dopływ do Hoshinoya Kyoto Dopływ do Hoshinoya Kyoto 1 Dopływ do Hoshinoya Kyoto 2 Hoshinoya Kyoto 2 wkurwiający kapelusz Kioto Uji, Japonia Kioto pędy bambusa Kioto Kioto prawdziwe gejsze Zielona herbata w Uji Sushi w Kioto Kioto1 Góra Fuji Hoshinoya Fuji (Fujikawaguchiko) Nara Japonia 1

Pamiętam ten hotel w Kioto! Pamiętam Twoje relacje i zdjęcia. Nigdy nie marzyłam o Japonii, ale to miejsce bardzo zapadło mi w pamięć. Totalnie mnie zainspirowałaś! Czyli Japonia to było Twoje ogromne marzenie podróżnicze i udało się je zrealizować?

Właściwie wszystko o czym piszę powyżej było jednym, wielkim spełnieniem marzeń. Nie ukrywam, że najważniejsze dla mnie w podróżowaniu jest jedzenie. Japonia pozwoliła mi spróbować smaków, których nie znałam kompletnie, albo znałam w wersji “europejskiej”. Rzeczy, których w Polsce nie doświadczy się w ogóle. Pozostając w temacie jedzenia, ostatnio wielkim spełnieniem marzenia była też  wizyta w kopenhaskiej Nomie. Najgorsze w tych moich marzeniach jest to, że jak już je spełnię, to chcę to robić jeszcze raz, jeszcze raz i jeszcze raz. Sprawdzam więc bilety do Japonii non stop i poluję na stolik w Nomie. 

A największe podróżnicze rozczarowania?

Kiedyś powiedziałabym- Lizbona. Pod koniec liceum pojechałam z przyjaciółką na praktyki w firmach ubezpieczeniowych, żeby poznać zagraniczny rynek, bo byłam pewna, że z tym będę wiązać swoją przyszłość. Najpierw pojechałyśmy do Barcelony na dwa tygodnie i zakochałyśmy się jak szalone. Siedziałyśmy w tapasiarniach, przemierzałyśmy kilometry poznając każdy zakątek miasta. No i kochałyśmy to, że Barcelona nigdy nie śpi. Później przeniosłyśmy się do Lizbony. Niestety był to środek sierpnia, było gorąco, ulice umierały o 21, wszędzie czułyśmy się niebezpiecznie jako dwie młode dziewczyny. Już na wstępie taksówkarz oszukał nas na pieniądze, miasto było wyludnione, bo wszyscy z niego uciekają w środku sierpnia. Smród był niemiłosierny, ulice parowały brudem i uryną i wczorajszą imprezą. Koszmar. Pamiętam, że chciałam chodzić do pracy, a później barykadować się w hotelu i nie wychodzić. Po latach jednak twierdzę, że mogłabym się chyba z Lizboną polubić, chciałabym dać jej kolejną szansę, pojechać z mężem którejś wiosny i zakochać się w niej jak inni ludzie, z którymi na jej temat rozmawiałam. 

Jedno z miast-koszmarów, które odwiedziłam to też Birmingham. Co prawda nie nastawiałam się nigdy, że jadę tam, żeby coś podziwiać, przyjechaliśmy kiedyś odwiedzić studiujących tam znajomych. Ale to co zastaliśmy to był dramat, syf, brud, dramatyczna architektura, szczury. Bardzo nie polecam. Akurat w tym wypadku nigdy nie zdarzyło mi się rozmawiać z kimś kto miał inne zdanie. 

Zgodzę się z Tobą. Nie mam aż tak traumatycznych doświadczeń z Lizboną, ale nie przepadam za tym miastem.

A jakie miejsce najbardziej zainspirowało Cie fotograficznie?

Oprócz Japonii, bo ileż można o niej mówić, Wyspy Owcze. Chyba najbardziej fotogeniczne miejsce na świecie. Położone są na kilkunastu wyspach, każda z nich ma pięknie wyrzeźbione, strome klify (do dzisiaj jak patrzę na zdjęcia, nie wiem, jak dałam radę z moim lękiem wysokości). Nie ma tam brzydkiego miejsca, naprawdę. Między skałami tryskają wodospady, czujesz się tam, jakbyś dotarła do nieba. Najlepiej wynająć samochód i zrobić sobie objazdówkę po wyspach z bazą wypadową ze stolicy (ale jeśli spodziewacie się STOLICY to będziecie zaskoczeni, mieszka tu tylko 14tys mieszkańców i są tylko trzy sygnalizacje świetlne)

Oprócz tego na Wyspach Owczych doświadczyłam najświeższego powietrza w moim życiu. Do dzisiaj pamiętam jego oceaniczny zapach. Jeśli planujecie wizytę, koniecznie zaplanujcie też wieczór w restauracji KOKS, było nieziemsko pysznie. 

Wyspy Owcze 8

Processed with VSCO with a5 preset

Processed with VSCO with a5 preset

Processed with VSCO with a5 preset

Processed with VSCO with a5 preset

Processed with VSCO with hb2 preset

Processed with VSCO with a5 preset

Processed with VSCO with hb2 preset

Z kim najbardziej lubisz podróżować i dlaczego? Wiem, że podróżujesz najczęściej z mężem, ale też z dziećmi i rodziną

Z mężem. Z nikim się tak dobrze nie podróżuje. Mamy te same priorytety, nie spinamy się, wiemy kiedy chcemy zrobić coś na 100%, a kiedy zrobić sobie dzień odpoczynku. Uwielbiam z nim podróżować. 

Nasze dzieci są jeszcze stosunkowo małe (Julian ma 4 lata, Konstancja rok) i podróż z nimi… no dobra, powiem to… to czasem katorga (śmiech). Często zabieramy je w podróże po europejskich stolicach, tak jest w miarę wygodnie, ale podróży dalej sobie nie wyobrażam na razie i podziwiam ludzi, którzy dobrowolnie podróżują z dziećmi wszędzie. Kiedyś na pewno się to zmieni, ich nogi zaczną podążać szybciej za naszymi, nie będzie trzeba ich na każdym kroku pilnować, a i toboły zaczną mniej ważyć. Na razie cieszymy się tym, że gdy chcemy wyjechać, dziadkowie z radością przyciągają je pod swoje skrzydła. 

Wiem, podróżowanie z dziećmi jest ciężkie. Nie jest niemożliwe, ale umówmy się, to nie jest to samo. Jak zmieniło się Twoje podróżowanie odkąd zostałaś mamą?

Właściwie poczuliśmy podróżniczy wiatr w żaglach bezpośrednio przed pierwszym dzieckiem i później. Wcześniej podróżowaliśmy dużo z rodzicami, a gdy wreszcie odzyskaliśmy niezależność i zyskaliśmy niezależność finansową, która dała nam inne, podróżnicze możliwości, zdecydowaliśmy się na dzieci i wszystko musiało się przewartościować. Planujemy podróże z myślą o nich, lub z myślą, że zostaną z dziadkami. Nie chcemy ich też wykorzystywać zbyt często, więc siłą rzeczy to nas bardzo hamuje. Nasz trzytygodniowy wyjazd do Japonii to była póki co najdłuższa podróż bez dziecka i pod koniec zaczęła nam już doskwierać tęsknota, mimo codziennych rozmów na skajpie.

Rozumiem. Ja nie mogę rozstać się z synkiem na dłużej niż 7 dni, bo usycham:)

A jak wygląda Twój dzień w podróży? 

Łażę, łażę i jeszcze raz łażę. Po mieście, ile się da, możliwie bez wykorzystywania żadnego transportu poza nogami ( w niektórych do końca miejscach się nie da, patrz: Tokio). Mam też od śniadania do kolacji zaplanowane gdzie będę jadła, a jeśli nie mam, to podczas śniadania rozmawiamy o lunchu, podczas lunchu o kolacji, właściwie cały dzień rozmawiamy o jedzeniu (śmiech). 

Wolisz wyjazdy na których plażujesz i odpoczywasz czy raczej ostre zwiedzanie?

Ostre zwiedzanie, nie znoszę plażowania. Ta czynność mnie tak dramatycznie męczy. Widzę tych zrelaksowanych ludzi zażywających słonecznych kąpieli i myślę sobie w duchu- co jest z nimi nie tak? Po pięciu minutach na leżaku nie dość, że umieram z nudów, to mam wrażenie, że jestem spalona jak węgiel. Nawet gdy jedziemy do Hiszpanii na zaplanowany, klasyczny odpoczynek przy basenie, cały czas mnie nosi, proponuje wszystkim, że pojedziemy tu, pojedziemy tam. Mają mnie czasem dosyć. 

Co zawsze przywozisz z podróży?

Nie domyślisz się… JEDZENIE! (śmiech). Ale to prawda. Z każdego miejsca staram się przywieźć lokalne przysmaki, które dadzą się przewieźć- przyprawy, sosy, bakalie. Ogólnie produkty suche. Z Japonii przywiozłam tyle katsuobushi, kombu, past miso i kit katów w nietypowych smakach, że pękła mi jedna oponka w walizce. 

Processed with VSCO with a6 preset

Jeśli weekend w Polsce to wybrałabyś…? 

Podlasie, Kaszuby albo plażowe rejony w okolicy Sasina. Musi być las, jezioro, albo klimatyczne miasteczka. Dawno też nie jeździłam na rowerze (nigdy nie próbowaliśmy przyczepek dla dzieci), więc marzy mi się weekend na rowerach. 

Jeśli weekend w Europie to pojechałabyś do…?

Bardzo lubię Berlin, Barcelonę i Sztokholm. Niedługo wybieram się też w podróż do Amsterdamu, po wielu latach, z przyjaciółką, która to miasto zna jak nikt. Nie mogę się doczekać!

Jeśli dowolne miejsce na innym kontynencie to byłoby to…?

Teraz chciałabym Nowy Jork. Byłam 15 lat temu, ale tym razem wzięłabym męża i przeszła po wszystkich restauracjach, które mam na liście marzeń od lat. 

Ulubione miasto w Polsce…?

Sopot. Naprawdę kocham miejsce, w którym mieszkam. Poza sezonem oczywiście. 

Jakie miejsca w Sopocie najbardziej lubisz?

Kocham górną część Sopotu, z pięknymi kamienicami i lasami. Jest tam też mały stok narciarski, który jest jedynym miejscem w Europie, z którego można zjeżdżać na nartach i patrzeć na Morze jednocześnie. Lubię to, że mamy tu wszystko, czego można potrzebować w dużym mieście, ale jest to jednak małe miasteczko. Poza sezonem na każdym kroku spotykam znajomych, rodziców znajomych, zawsze przystaniemy, porozmawiamy. Lubię też bliskość morza i świeże powietrze. No i plażę, ale tylko wiosną, jesienią i zimą. Plaża daje duży oddech. 

Processed with VSCOcam with f2 preset

Wiem, że podróżujesz kulinarnie, bo gotowanie to Twoja wielka pasja. Gdzie karmią najpyszniej na świecie?

W Japonii, ale o tym już wyżej, w Rzymie, w Barcelonie, w Kopenhadze, w San Francisco i w Nowym Jorku. W każdym inaczej oczywiście i to jest najpiękniejsze!

Jestem w miarę świeżo po Kopenhadze i pomijając fakt, że nie poczułam dobrze klimatu tego miasta, zjadłam tam taaaak dobrze jak nigdy. Kopenhaga stoi jedzeniem, od śniadań, przez owoce morza, po wege opcje. To prawdziwa kulinarna stolica, na której można zaobserwować najświeższe kulinarne trendy. Poleciłabym każdemu początkującemu restauratorowi, aby wybrał się na przedłużony weekend i zobaczył jak się teraz na świecie je i co będzie modne w najbliższych latach. 

Processed with VSCO with m5 preset

Processed with VSCO with a4 preset

Processed with VSCO with p5 preset

Processed with VSCO with a5 preset

Processed with VSCO with hb1 preset

Zielona herbata w Uji

Jakie są Twoje ulubione kuchnie?

No i będę się powtarzać, ale ta japońska kuchnia mi tak zalazła mi za skórę. Przyznam szczerze, że jak tylko tam wylądowałam, to przez pierwsze dni byłam rozczarowana. Wszystko wydawało mi się niedoprawione. Postanowiłam jednak, że oddam się tym smakom, nie będę zalewać wszystkiego sosem sojowym, aby doprawić to po swojemu. To był dobry trop, po dwóch dniach poczułam rewolucję w moich kubkach smakowych, przestawiłam się i zakochałam. Japońska kuchnia to nie sushi i ramen, jak myślą wszyscy. Znaczy są one elementem tej kuchni, ale nie najważniejszym punktem. Mnie zachwyciła straszna prostota, o której nie miałam pojęcia i przykładanie wielkiej wagi do sezonowości produktu. Przykładowo, gdy przyjechaliśmy w kwietniu, akurat był sezon na młode pędy bambusa. Sezon trwa tylko miesiąc, bo później są już zbyt twarde i nie można się nimi cieszyć. W związku z tym przez miesiąc podawano je prawie wszędzie, żeby wykorzystać to, że są. Moim hitem były pędy bambusa zapieczone w soli, tak jak znamy rybę. Musieliśmy otworzyć je specjalnym młotkiem. To było najbardziej soczyste danie, jakie z pędów jadłam, a wymagało tylko dwóch składników- bambusa i soli. Magia. 

Zachwyciły mnie też japońskie śniadania, kompletnie inne niż te, które znamy. Małe talerzyki pełne drobnych przekąsek- kawałek pieczonej ryby, kubek zupy miso, warzywa, pikle, miska ryżu, kawałek omleta tamago. Po takim śniadaniu czułam takiego powera jak nigdy. Robiłabym to sobie na co dzień, ale po pierwsze, za dużo zachodu (a właściwie wschodu, hehe, wybacz suchara), po drugie, jakoś mi te smaki nie pasują tutaj, mają rację bytu tylko tam. 

Czy pamiętasz gdzie na świecie zjadłaś najpyszniejsze dania? Pamiętasz restauracje? Pamiętasz co to były za dania? 

Kiedy byłam mała, dużo podróżowałam z rodzicami po Francji. Miałam chyba około 10-12 lat, a moi rodzice postanowili przeprowadzić nas po najlepszych francuskich restauracjach. Jak widzisz, upodobania restauracyjne mam w genach. Niestety w tamtym czasie miałam to gdzieś, nie doceniałam tego w ogóle, miałam w głowie tylko “starzy znowu gdzieś ciągną”, a mój brat w większości z tych knajp przesiedział pod stołem. Dzisiaj tak strasznie żałuję, bo nikt mnie już tam nie zaciągnie i za mnie nie zapłaci (śmiech). 

Tak więc najpyszniejsze dania pamiętam raczej z czasów dorosłych, kiedy sama do nich dotarłam. Ostatnio na przykład, przytrafił nam się przystanek w Kopenhadze, już po naszym kopenhaskim food tourze. Mieliśmy spędzić 6 godzin na lotnisku, ale zdecydowaliśmy się wyjść i spróbować dostać się do restauracji, której nie udało nam się zaliczyć podczas ostatniego pobytu, ze względu na brak wolnych stolików. Była to restauracja Baest, która miała serwować jedną z najlepszych pizz na świecie. Robią ciasto na zakwasie, co niespotykane nawet we Włoszech oraz własne sery- mozzarellę, burratę, czy straciatellę. Booożeeee, co to była za pizza! Najbardziej smakowała mi ta ze straciatellą, ziołami i maczanymi w cytrynie boczniakami. Niebo w gębie. Obok mnie siedziała Nigella Lawson, więc coś musi w tym być. 

Jedziemy dalej (śmiech), mogę tak bez końca. 

Pamiętam też najlepszą pizzę mojego życia w Pizzarium Bonci w Rzymie, co za niebo w gębie. Cudowną kolację zjadłam też w Atelier Crenn, pamiętam w szczególności smak jeżowca, którego jadłam tam po raz pierwszy w życiu. I kosz brioszek, które rozpływały się w ustach! Od 15 lat pamiętam także ostrygi, które zjadłam w Grand Oyster Bar na stacji Grand Central w Nowym Jorku. A najlepsze sushi? Sushi Iwa Ginza w Tokio, wyjątkowe doświadczenie w restauracji z tylko 6 miejscami. A żeby nie było już tak ąę światowo, najlepszy schabowy jest w Oberży w Konarzynach, na Kaszubach.

Ostrygi w Nowym Jorku! Co to jest za genialne miejsce! Uwielbiam tę knajpę, obsługę i jedzenie tam!

A czy podróże inspirują Cie do gotowania nowych potraw, do ekperymentowania kulinarnie?

Oczywiście! Głównie one, uczą mnie nowych połączeń smakowych, nowego podejścia do jedzenia i gotowania. Bez smakowania potraw w ich naturalnym środowisku, można tylko podejrzewać, jak one smakują w rzeczywistości. 

Czy podróże zmieniły Twoje nawyki żywieniowe?

Na gorsze (śmiech)! Dopiero gdy jestem z powrotem w domu, zaczynam się dobrze odżywiać, dlatego nie wyobrażam sobie bycia w ciągłej podróży. W podróży jem jakby jutra miało nie być, zawsze boję się, że nie spróbuję wszystkiego, więc chodzę wiecznie przejedzona, próbując zmieścić jeszcze ten polecany kawałek pizzy, czy tiramisu. W domu nie mam tego dylematu, wszystko wraca do normy. Czasem cieszę się, że wracam do domu, bo mam już dosyć stanu przejedzenia. Chociaż ostatnio udało mi się osiągnąć równowagę w Hiszpanii, stawiając tylko na świeże ryby i owoce morza. Wróciłam mniejsza.

Jakie masz kulinarne marzenia podróżnicze? Przypuszczam ze ta lista jest świetna!

Na czubku mojej listy jest restauracja Inua w Tokio. Thomas Frebel pracował kiedyś w Nomie, a z miłości do Japonii otworzył restaurację w Tokio i bazuje na najcudowniejszych japońskich składnikach. Uwielbiam podglądać ich świat na Instagramie. Bardzo chciałabym zjeść u Davida Changa w którymś Momofuku. Uwielbiam go od dawien dawna, podglądam kulinarne pomysły i kocham jego poczucie humoru. Marzy mi się też podróż na japońską wyspę Hokkaido, tereny mniej uczęszczane przez turystów,  z absolutnie niesamowitymi owocami morza. Gdzieś w głowie kulinarnie majaczy mi też Hong Kong i Seul. W netflixowym Streetfoodzie w Seulu widziałam kiedyś pierożki z kimchi, które śnią mi się po nocach. 

Z zupełnie innych klimatów, chciałabym spróbować prawdziwych hummusów i falafeli na bliskim wschodzie i sprawdzić, czy smaki odpowiadają temu, co znam w wersji importowanej. Pojechałabym także w rejony Luizjany spróbować ciężkiej kuchni kreolskiej. Tak że jak widzisz, moje marzenia nie ograniczają się do jednego kontynentu. 

OMG Marta! Nie zasnę w nocy, będą mi się śniły talerze jedzenia! Masz talent do opisów kulinarnych, serio!

A jak Ty planujesz podróże? Co Cie inspiruje?

Lubię podglądać inspirujących ludzi. Nie ukrywam, że duży wpływ na moje marzenia ma Instagram i programy, które oglądam. Gdy coś mnie zainspiruje, zaczynam wchodzić w temat bardzo głęboko, aż w pewnym momencie po prostu wiem, że zatopiłam się na tyle, że jestem o krok od kupienia biletów. Bardzo wiele moich podróży, właściwie prawie wszystkie, bazują na planowanych kulinarnych przygodach. Jest jakaś rzecz, którą chcę zjeść, jakaś knajpa, którą chcę odwiedzić, a w drugiej kolejności doklejam do harmonogramu kulturalno-architektoniczną część. Zdarza mi się oszukiwać otoczenie, żeby nie wyjść na kulinarną wariatkę:

– Mamo, Tato, jedziemy z Kazikiem do Kopenhagi pooglądać te niesamowite projekty Bjarke Ingelsa.

– Marta, twój brat nam mówił, że masz rezerwacje w Nomie.

(śmiech)

Hahahahahaha! Przejrzeli Cię:)

A masz jakieś swoje sprytne patenty podróżnicze? Np jakiś fajny sposób pakowania walizki albo przewożenia sprawunków;))))

Nie mam jakichś niesamowitych trików, ale jestem osobą, która potrafi spakować całą czteroosobową rodzinę na tydzień do jednej podręcznej walizki. Biorę dokładnie tyle ciuchów ile będę dni w danym miejscu, bez żadnych założeń “a co jak będzie cieplej? a co jak będzie zimniej? a jak będzie tornado?”. Wychodzę z założenia, że na nieprzewidywalne sytuacje można coś kupić na miejscu, co i tak rzadko mi się zdarzało. Kosmetyków nie używam prawie wcale, to też ułatwia sprawę. 

Miałam jedną wtopę ubraniową w Japonii. Wymyśliłam sobie, że chcę mieć ze sobą kapelusz. Nie pomyślałam jednak, że kapelusz nie zmieści się do walizki, a my, ciągle będziemy zmieniać miejsca zamieszkania. Musiałam więc mieć go na głowie prawie codziennie, co sprawiło, że znienawidziłam go całym sercem. Dziś wiem, że są sprytne metody napchania kapelusza rzeczami i wsadzenia go jednak do walizki, kiedyś tego nie wiedziałam. 

Czy polecasz jakieś blogi podróżnicze, przewodniki z których korzystasz?

Oczywiście Travelicious (śmiech)! Ale ty dobrze wiesz, że nie raz korzystałam z twoich tipów. Do dziś pamiętam, jak marudziłam ci, że mam pecha do moich rzymskich miejscówek, większość okazała się taka sobie, a ty kazałaś mi iść do Ditirambo. Ale to była fajna kolacja! Bardzo często korzystam z porad innych osób, głównie na Instagramie. Gdy coś mi wpadnie w oko, zapisuję to sobie na później i grupuję w albumy z konkretnej lokalizacji. Bardzo często robię solidny risercz na Instagramie, mam na przykład jedno miejsce, które wiem, że jest absolutnie fantastyczne, sprawdzam, kto się tam oznaczył, a następnie dalszą trasę tych ludzi. W 80% jeśli ktoś trafił do tej niepowtarzalnej miejscówki, ma też w zanadrzu inne godne uwagi rzeczy. 

Nie korzystam raczej z przewodników online, chyba że znanych mi blogerów (dużo o Japonii czytałam u Local Milk i Love and Lemons). Czasem googluję przewodniki, żeby coś znaleźć, odrzucając wszystkie sponsorowane przez dane rejony i wszelkie tripadvisory. Wychodzę z założenia, że jeśli coś podoba się masie ludzi, niekoniecznie znaczy, że spodoba się mi. 

Z papierowych przewodników korzystam tylko z tych od Monocle, są poręczne i pisane przez lokalesów. Można tam trafić na naprawdę wyjątkowe adresy, a nie turystyczną średniawkę. Mają dział z butikowymi hotelami, nietypowymi restauracjami, sklepami od lokalnych twórców i świetny dział “co przywieźć z…”. 

Kocham przewodniki Monocle! Twoje ukochane inspiracje podróżnicze na Instagramie?

Tobie nie będę już słodzić, bo pomyślą, że ten wywiad to po znajomości! Od jakiegoś czasu lubię @evrdtrp, pięknie pokazuje miejsca, które odwiedza, aż chce się jechać. Uwielbiam jak podróże pokazuje moja przyjaciółka @dariazarowna. Jest najwiekszym źródłem wiedzy o Amsterdamie i jego nieznanych zakątkach, ale znajdziecie tam też włoskie klimaty. Uwielbiam @nataliakusiak i @bratosiewicz, ich podróże po całym świecie i relacje zdjęciowe to jakaś bajka! Jak byli w Japonii to miałam dreszcze! @minta_eats jest dla mnie wielkim źródłem wiedzy o podróżach stricte kulinarnych. @coutellerie.pl najpiękniej na świecie pokazuje Japonię (zobaczcie jej wpisy na blogu, te zdjęcia!), ostatnio japońsko zainspirowała mnie też podróż @justyna_zdunczyk. Uwielbiam Ulę z @adamant_wanderer, nie tylko inspiruje podróżniczo, ale też pokazuje, jak można podróżować bardziej odpowiedzialnie (a do tego jest świetną babką). 

Jeśli chodzi o adresy jedzeniowe na całym świecie strasznie lubię @food_feels i @mikebagale. Bezbłędne adresy. 

Jakie hotele które odwiedziłas najlepiej wspominasz? Wymien kilka jesli pamietasz nazwy i miejsca;)))))

O Hoshinoya Kyoto i Hoshinoya Fuji mówiłam już wyżej. Strasznie podoba mi się koncepcja tych hoteli, obsługa. Nie dość, że są piękne, designerskie, wymuskane do najmniejszego szczegółu, to każdy z nich ma jakąś tematykę. Ten w Kioto był “dla zakochanych”. Przyjeżdżali tam ludzie na miesiąc miodowy, wszystko było romantyczne i stonowane. Nie dziwię się, uważam, że to najromantyczniejsze miejsce na ziemi. Ten w Fujikawaguchiko krążył wokół tematu wspinaczki na górę Fuji i był w stylu glamp. Na wstępie dostawałeś swój osobisty plecak hotelowy, w środku akcesoria typu bidon. Śniadanie było podawane na balkonie, a przynosił je kelner w wielkim, wspinaczkowym plecaku. Super sprawa. 

Hotel, który wspaniale wspominam to też Villa Joya niedaleko Algarve w Portugalii. Cudowne miejsce, lekko na odludziu, zbudowane na skale nad samym oceanem. Te widoki, ten szum morza i jeszcze atmosfera jakby domowa, bo to niewielki hotel. Żeby tego było mało, restauracja hotelowa ma 2 gwiazdki Michelina. Wróciłabym tam, zdecydowanie. 

Co cenisz w hotelu? Jakie cechy musi mieć, abyś dobrze wspominała pobyt tam?

Musi być designerski, ale butikowy, nie lubię dużych hotelowych molochów. Musi mieć pomocną obsługę, ale nie narzucającą się. Musi być w pięknej lokalizacji i mieć to “coś”, którego nazwać się nie da. 

Jakie miejsca chciałabyś najbardziej odwiedzić w najblizszej przyszlości? 

W listopadzie, jak wszystko dobrze pójdzie, odwiedzę Oman. Jestem go mega ciekawa, nigdy nie byłam w tamtych stronach. Chciałabym wrócić do Japonii, odwiedzić Nowy Jork (tym razem z mężem) i Stambuł. 

Życzę Ci tych wyjazdów z całego serca

Rzym Rzym 1 Rzym 2

Processed with VSCO with m5 preset

Processed with VSCO with a6 preset

Processed with VSCO with a5 preset

Processed with VSCO with a6 preset

Nie ma więcej wpisów