Piękne wnętrze to meble, dodatki, tkaniny. Ale dom to ludzie, zwierzaki i rośliny. To zieleń sprawia, że we wnętrzu odpoczywamy i czujemy się dobrze. Daje ukojenie i spokój. Pasję do roślin wyniosłam z domu, bo moi rodzice zajmują się ogrodami zawodowo. Dlatego, kiedy tylko nadarzyła się okazja zaczęłam powiększać moją domową dżunglę. Moje pierwsze wielkie okazy dostałam od Olgi z Plants For Humans. Mija rok, a są one w najlepszej kondycji ze wszystkich moich roślin. Okazy z Plants for Humans przechodzą długą aklimatyzacje w Europie, dlatego tak dobrze im w polskich domach. Regularnie wypuszczają liście. Są bardzo odporne na choroby. Plants for Humans to kompleksowa opieka nad roślinami. Zamawiając u nich rośliny, masz pewność, że zostaną one dostarczone w świetnej kondycji, ze wskazówkami dotyczącymi pielęgnacji, a co najważniejsze, możesz zawsze dopytać PFH o rośliny, o szkodniki, o każdą sytuacje w której coś się z roślinkami dzieje. Zapraszam Was na wywiad z Olgą, która ma w sobie masę wewnętrznego ciepła i pasji. Wywiad zilustrowałam zdjęciami mojej dżungli.

Od kiedy interesujesz się roślinami?

Nie było jakiegoś konkretnego momentu, który wyznaczyłby granicę. To był dla mnie bardziej powrót do korzeni. Zaczęłam świadomie potrzebować i szukać wokół siebie roślin kiedy byłam już dorosła, zamieszkałam w dużym mieście i tak naprawdę to poszukiwanie wynikało z braku.

W dzieciństwie mieszkałam na wsi, a potem wychowywałam się w Szczecinku, którego centralnym punktem jest zabytkowy park rozciągający się przez całe miasto. Przyroda i jej bliskość były zawsze czymś bardzo naturalnym i nigdy nie zastanawiałam się specjalnie nad jej rolą w moim życiu. Dopiero kiedy zamieszkałam w Warszawie i żyłam pędem miejskiego tubylca zaczęłam się orientować, że coś mi nie pasuje. Pamiętam, że pewnego czerwca wyszłam z biura i uświadomiłam sobie, że tego roku w ogóle nie zauważyłam wiosny. Nie chciałam tego dla siebie.

Od kilku lat razem z moją rodziną mieszkam w lesie, znam każdy, najmniejszy etap każdej z pór roku, i jeszcze na etapie projektowania domu wiedziałam, że tam będą rośliny. Dużo roślin. 

Czy pamiętasz swój pierwszy samodzielnie wyhodowany listek?

Jasne – rzeżucha na wacie w podstawówce! A tak na serio – zaczynałam z wysokiego C i na swoją pierwszą poważną roślinę wybrałam 2-metrową Alokazję Macrorhizę i to ona dała mi pierwszy liść, z którego byłam niesamowicie dumna. Szło nam nawet całkiem nieźle, wypuszczała kolejne liście, zakwitła, miałam poczucie, że się lubimy. Do czasu aż pewnej zimy przyszły przędziorki. Potem była równia pochyła. To było bardzo cenne doświadczenie. Tak naprawdę decydujące o tym, że powstało Plants For Humans.

Kiedy zaczęły się z nią problemy już nie pamiętałam jak brzmi jej botaniczna nazwa – nawet nie wiedziałam o co zapytać w centrum ogrodniczym. Googlowanie “duże zielone liście robią się żółte” nie przyniosło satysfakcjonujących rezultatów. Byłam zła i przytłoczona tym, że coś co miało być przyjemnością stało się utrapieniem. Kiedy w końcu udało mi się znaleźć czas na to, żeby dojechać do centrum ogrodniczego Pani z uśmiechem poprosiła mnie o nazwę, a kiedy jej nie znałam poprosiła mnie o zdjęcie rośliny. Pomyślałam sobie wtedy, że to w sumie trochę bez sensu, żebym jeździła ze zdjęciem rośliny do centrum ogrodniczego – przecież mogłabym je wysłać online. A w zasadzie to po co w ogóle jeździć do centrum ogrodniczego – mogę przecież wybrać roślinę online i ktoś mógłby mi ją dostarczyć. A jak już wybieram online, to może mogłabym wybrać taką, z którą sobie poradzę. W wielkim skrócie – taka była rola tej alokazji i jej liścia w moim życiu. Ta alokazja dała mi Plants For Humans.

Alokazja została pociachana i jest teraz małą alokazją, ale żyje. 

Twoja ulubiona roślina?

Mogłabym uprawiać same aglaonemy i być szczęśliwą i spełnioną ogrodniczką. To jest bardzo prosta roślina, każdy się z nią dogada i nie jest niczym wyjątkowym. Ale urzeka mnie jej energia i nieustający optymizm. Ona ciągle wypuszcza nowe liście, kwitnie, pręży się i rozkłada się na boki. To jest dobra roślina. Zawsze poprawia mi humor. Lubię rośliny, które spełniają tę terapeutyczną rolę – nie sprawiają problemów i są wdzięczne za opiekę. Nie znoszę za to chimer. Kalatee doprowadzają mnie do szału. Do szału. Nie potrzebuję fochów w moim życiu. A na pewno nie od roślin.

Ile masz roślin w domu?

Pewnie koło 50. To się zmienia, bo cały czas coś sadzę, uśmiercam, przesadzam, rozsadzam, zimą zimuję, etc. Rośliny też trochę krążą po moim domu. Ostatnio wydawało mi się, że niefortunnie zimą uśmierciłam Oxalisa – została w doniczce goła ziemia i jakoś nie miałam czasu się nią zająć – na wiosnę niespodziewanie wyrosły nowe pędy i wrócił do żywych. Pozwalam sobie na to, żeby nie przejmować się za bardzo i skupiać się na czerpaniu przyjemności z roślin, niż dawaniu sobie kolejnego zadania, w którym muszę być doskonała. Jestem raczej po stronie leniwego ogrodnictwa z mottem “zobaczymy co z tego będzie”, niż ambitnego polerowania listków i zadaniowego uprawiania.

Uprawa roślin ogromnie mnie relaksuje, to jedna z tych pasji offline, które dobrze wpływają na psychikę. A u Ciebie jak to jest? Dlaczego rośliny? Skąd taka pasja?

Wiesz, to jest tak, że nie tylko na Ciebie tak to działa. Jeżeli spojrzeć na historię ludzi w ogóle, to z tej perspektywy nasze życie w mieście trwa tyle co mrugnięcie oka. Życie z technologią, gładkimi powierzchniami, idealną bielą i perfekcyjnie spasowanymi krawędziami jeszcze krócej. Rośliny stoją trochę w opozycji do tej współczesnej idealności. Z jednej strony to trudne – czasami oczekujemy, że będą symetryczne i idealne jak plastikowe, z drugiej – ta ich nieidealna organiczność jest dla nas niesamowicie atrakcyjna.

Kilka lat temu spędziłam tydzień w amazońskiej dżungli bez zasięgu i prądu. Po dwóch dniach nie potrzebowałam już w ogóle telefonu, zaczęłam odróżniać dźwięki dżungli, mój wzrok zaczął rozpoznawać ruch w gęstwinie i rośliny, których szukałam, naturalnie zasypiałam o zachodzie i budziłam się o wschodzie słońca. To przyszło samo, bez żadnego wysiłku. Jesteśmy spojeni z naturą, czy nam się to podoba czy nie. Wydaje mi się, że nieprzypadkowo kiedy mamy dość mówimy “rzucę to wszystko i wyjadę w Bieszczady”. Chcemy natury, prostoty cyklów dni, nocy, pór roku. 

Nie wszyscy i nie zawsze możemy wyruszyć w dzicz – i tu z pomocą przychodzą rośliny w domu. Wielu naszych klientów od razu odczuwa różnicę wynikającą z samego pojawienia się roślin w przestrzeni. A potem dochodzi do tego opieka – uważność na to co się z rośliną dzieje, nowe liście, ruch rośliny, wydłużanie się pędów, ale przychodzi też emocjonalna czułość i satysfakcja. Kiedy roślina dzięki naszej trosce dobrze żyje, to jest nam lepiej. To są bardzo dobre uczucia, których rośliny są świetnym nośnikiem. 

Czy wierzysz w to, że można faktycznie nie mieć ręki do kwiatów?

Nie. I chyba jako osobistą misję na resztę życia obrałam sobie przekonanie jak największej grupy ludzi, że może im się udać z roślinami. Trzeba sobie tylko na to pozwolić. Wielu z nas żyje w mieście, w pośpiechu, stosunkowo mało czasu spędzamy w naturze. Nasz “szósty zmysł” do odczytywania tego, co się dzieje z roślinami trochę się zwichrował. I to do tego tak naprawdę trzeba się przyłożyć – do uważności, do obserwowania co się dzieje.

Czasem widzę, że ludzie starają się sami siebie dyscyplinować i bardzo skrupulatnie przykładają się do realizowania zaleceń z przeróżnych roślinnych instrukcji. Sami je zresztą przygotowujemy dla naszych klientów. Ale zdecydowanie najważniejsze to zaprzyjaźnić się ze swoją rośliną i zrozumieć jak działa. Jak wygląda kiedy ma wystarczająco wilgotne podłoże, co się dzieje z jej liśćmi kiedy ma za mało wody. W którą stronę rośnie, jak odchylają się jej liście. Ta uważność to jest chyba najważniejszy komponent mitycznej “ręki do roślin”.

Jakie rośliny polecasz na początek przygody z uprawą roślin?

Mam kilka swoich ulubionych – takich, o których wiem, że zdecydowana większość klientów sobie z nimi radzi. Oprócz już dobrze znanych Zamioculcasów i Sansevierii szczególnie lubię polecać początkującym własnie moje ulubione Aglaonemy. Są bardzo mało wymagające, ale dają dużo frajdy ludziom, którzy się nimi opiekują. Nieustannie wypuszczają nowe liście, nie jest trudno o to, żeby zakwitły w domu. Uważam, że to bardzo ważne, żeby ta roślina, którą mamy w domu jakoś dawała znać, że wszystko jest ok. i jest jej u nas dobrze. Podobnie sprawują się Epipremna – pnącza, które bardzo szybko mogą zagarnąć biblioteczkę, albo spłynąć piękną kurtyną z półki. Oprócz zieloności te rośliny dają swoim opiekunom satysfakcję. 

Polecasz jakieś książki? Blogi? Skąd sama czerpiesz wiedzę?

Zdecydowanie polecam sięganie do literatury roślinnej – szczególnie tej vintage. “Pielęgnowanie roślin pokojowych” Davida Longmana to fenomenalnie zaprojektowany i zrealizowany poradnik – przydatny szczególnie na początku. Sama teraz już biorę udział w kursach online – w angielskojęzycznej części internetu można znaleźć takich całkiem sporo i słucham roślinnych podcastów – On The Ledge i In Defense of Plants to jedne z moich ulubionych.

Jakie główne błędy popełniamy podczas uprawiania roślin?

Ha! Po pierwsze i chyba najpowszechniejsze – zaczynamy od kupienia rośliny, o której nic nie wiemy, ale wydaje nam się, że będzie wyglądała ładnie – tam, w tym kącie. Moim zdaniem odpowiednie dopasowanie rośliny do miejsca, to połowa sukcesu. Zdecydowanie łatwiej jest o nie dbać, kiedy dostają odpowiednią dawkę światła, nic nie wieje, nie szturcha, nie przypala ich kominek, etc. Są miejsca, które są bardzo wymagające i zdarza się, że niewiele gatunków sobie tam poradzi, albo w ogóle odradzam stawianie tam roślin i sugeruję np. rzeźbę. To jest podstawowy błąd. Potem, pod względem powszechności, powiedziałabym, że przelewanie, chociaż ostatnio tyle się o tym mówi, że mam wrażenie, że zdarza się coraz rzadziej. Generalnie taka początkowa ignorancja polegająca na tym, że stawiamy roślinę tam gdzie nam się wydaje, że będzie wyglądała ładnie połączona z nadmiłością podlewacza to jest kombo wybuchowe i zwykle kończy się na śmietniku.

A jakbyś miała wymienić co najbardziej wpływa na powodzenie uprawy roślin w domu? Takie top 5?

Wystarczą 3:

  1. Dobór odpowiedniej rośliny do miejsca, w którym chcemy ją postawić. Naprawdę – to rozwiązuje bardzo dużo potencjalnych problemów. Warto wiedzieć skąd pochodzi roślina i czego potrzebuje – przede wszystkim chodzi o jakość światła, ale trzeba też pomyśleć np. o przeciągach, kominkach, etc.
  2. Odpowiednie podlewanie. Rośliny potrzebują wody, ale lepiej zniosą suszę niż przelanie powodujące gnicie korzeni, które na powierzchni często objawia się żółknącymi liśćmi. Zanim się dobrze nie poznasz rośliny staraj się podlewać oszczędnie. 
  3. Styl życia opiekuna – nie chodzi o to, że jeżeli często nie ma Cię w domu, to nie możesz mieć roślin. Możesz, ale wybierz takie, które to zniosą. Takie rośliny są. Nie często mówi się o stylu życia, jako kryterium wyboru, ale według mnie jest super ważne. Kiedy widzę, że dobieram rośliny do domu, którego mieszkańcy często podróżują, to skupiam się na tych gatunkach, które spokojnie takie wyjazdy zniosą. 

Uwielbiam PLANTS FOR HUMANS bo macie w ofercie olbrzymie okazy i dowozicie je do domu już przesadzone, genialne! Skąd pomysł na firmę? Jak to się zaczęło?

Mówiłam Ci wcześniej o mojej przygodzie z alokazją. To było kiepskie doświadczenie, które pokazało mi, że coś tu nie działa tak jak powinno. Kiedy zaczęłam się zastanawiać nad tym głębiej doszłam to tego, że możnaby to zrobić zupełnie inaczej i pomóc ludziom naprawdę od początku.

Czym Plants for humans się wyróżnia?

Odkąd powstało Plants For Humans pojawiło się wiele firm, które sprzedają rośliny przez internet i nawet starają się mieć podobną ofertę. Tyle, że Plants For Humans nigdy nie traktowałyśmy i nie budujemy jako sklep per se.

Jesteśmy usługą – w taki sposób budujemy tę firmę. W komunikacji bardzo unikamy słowa sklep – nie czujemy się sklepem. Ja nie jestem sprzedawcą. Znam się na roślinach, zorganizowałam w okół tego określoną usługę i dzielę się tym z innymi. 


Już na samym starcie – do naszej oferty trafiają wyłącznie rośliny, które przetestowałam. Ja, osobiście. To trwa kilka miesięcy: zamawiam gatunek ze szklarni, trafia do nas do biura i brzydko mówiąc jest maltretowany – przestawiany, podlewany twardą wodą, wystawiany na słońce, chowany do cienia – sprawdzam jak sobie radzi. Chodzi o to, że te takie rzeczy się czasem dzieją z roślinami w docelowych domach i niektóre rośliny może nie będą wyglądać wystawowo, ale przetrwają i są takie, które po kilku tygodniach po prostu nie nadają się już do oglądania. Na przykład nieobecność kalatei i alokazji w Plants For Humans jest intencjonalna – to nie są rośliny dobre na start, chyba, że mieszkamy w pasie nadmorskim, albo na pojezierzach. Tam powietrze jest naturalnie bardziej wilgotne i jest łatwiej, ale w mieście to są naprawdę wymagające rośliny. Po co?

Potem – wydaje mi się, że wciąż jesteśmy jedyną firmą, która dostarcza klientom rośliny już przesadzone do odpowiedniego podłoża i w docelowej donicy. To jest kolejna rzecz, która wydawała mi się ważna – po co szukać informacji o podłożach, pakować się w przygotowywanie mieszanek, kupować składniki i mieszać, żeby posadzić 3 rośliny. To jest ważne, żeby roślina znalazła się w odpowiednim podłożu, jednocześnie wydaje mi się, że nie ma sensu angażować początkującego opiekuna roślin w takie rzeczy. Znów – po co?

No i na końcu jest też doradztwo – dużym sukcesem Plants For Humans jest to, że udaje się nam przyciągać niesamowitych ludzi, którzy lubią rośliny, ale też lubią ludzi. Z wieloma naszymi jesteśmy klientami od wyboru odpowiedniej rośliny, po najdrobniejsze rozterki związane z opieką. Po prostu jesteśmy.  

Czy pomagacie radzić sobie z uprawą roślin juz po zakupie? Mieliście jakieś ciężkie przypadki, które skończyły się powodzeniem?

Tak, to jest super ważne. Na początku często to nie jest jakaś szczególna pomoc – ludzie się po prostu boją. Mają mnóstwo wątpliwości i potrzebują z kimś pogadać, żeby upewnić się, że wszystko jest ok. I dajemy im to. Potem pojawiają się też poważniejsze problemy – przelania, przesuszenia, niedoświetlenia, przewiania, szkodniki. Wiele z nich da się zdiagnozować online i pomóc na odległość. Robimy to.  

Kocham rośliny, zawsze marzyłam o domowej dżungli, ale podróże uniemożliwiały mi to. Jak dbać o rośliny podczas wyjazdów, masz jakieś patenty?

To nie jest takie trudne. Po pierwsze, jak już wspominałam wcześniej, rośliny warto dopasować do swojego stylu życia. Jeżeli dużo podróżujesz, to wybieraj rośliny, które zniosą taki styl życia. Jest całkiem sporo roślin, którym nic wielkiego się nie stanie jeżeli po porządnym podlaniu zostawisz je na dwa tygodnie bez opieki – Aglaonemy, Aspidistry, sukulenty i zdecydowana większość dużych roślin (przez duże rozumiem 1m+, w donicach 28cm+) pozostawiona na dwa tygodnie bez podlewania zniesie to. Chodzi o to, że podłoże w dużych donicach schnie zdecydowanie wolniej, niż w przypadku małych doniczek – po porządnym podlaniu, ustawione nie w pełnym słońcu spokojnie sobie doczekają do Twojego powrotu.

W przypadku małych roślinek warto stosować sztuczki z kulami nawadniającymi albo ze sznurkiem. Kule nawadniające nadają się tylko do roślin, które lubią mieć wilgotne podłoże – np. do Skrzydłokwiatów, Kalatei, albo Alokazji. W przypadku roślin, które lubią przeschnąć przed kolejnym podlaniem zdecydowanie je odradzam – wtedy warto korzystać ze sznurka. Na podwyższeniu (krześle, taborecie, komodzie) ustawiamy miskę z wodą, dookoła na podłodze rośliny. Z miski do ziemi prowadzimy bawełniany sznureczek, który lekko wkopujemy w podłoże. 

Wracając do miejskiej dżungli jak taką stworzyć w polskim domu? Masz jakieś sugestie? Jak łączyć rośliny? O czym pamiętać? 

Tutaj jest tyle rzeczy, które są ważne. Bo jeżeli mówimy o polskim domu to już na wstępie musimy odróżnić np. polski dom w pasie nadmorskim i polski dom w Warszawie. Chodzi o tak banalną rzecz jak temperatura i wilgotność powietrza. Rośliny, przy których naprawdę trzeba cieżko pracować w mieście centralnej Polski jak np. kalatee czy maranty są zdecydowanie łatwiejsze w utrzymaniu w miejscach gdzie naturalnie jest wyższa wilgotność powietrza – Trójmiasto górą. 

Dalej ważny jest styl przestrzeni i to co chcemy osiągnąć. Czy naprawdę interesuje nas hipsterska dżungla, czy może raczej uzupełniamy minimalistyczne mieszkanie, a może szukamy roślin-rzeźb, będą tam pasować butelkowo-zielone liście, czy raczej jasne? To są pytania, które ja sobie zadaję, kiedy wchodzę do pomieszczenia. 

Czasem buduję dżunglę, a czasem ograniczam się do jednej rośliny, która faktycznie wybrzmi w pomieszczeniu i będzie istotnym elementem wystroju wnętrza. Jeżeli tworzymy kompozycje, to przede wszystkim warto myśleć o odcieniach i pokrojach. Można zdecydować się na określoną paletę (w tym przypadku odcień zieleni) i kombinujesz z pokrojami zestawiając ze sobą np. ostre szpice Sansevierii cylindrycznej z łagodnymi, lejącymi się pnączami o butelkowo-zielonych liściach. Możesz też uznać, że w jakimś miejscu potrzebujesz kontrastów kolorystycznych i ustawiasz np. Dracaenę Marginatę Bicolor obok ciemnozielonej Kencji albo Areki, które będą fenomenalnie ze sobą grać – dwa pióropusze, ale zupełnie różne odcienie liści. 

Wszystko zależy od tego co chcesz osiągnąć i jaki jest Twój osobisty styl.

Kiedy zapytałam czytelniczki dlaczego nie mają kwiatów w domu najczęściej podawały dwa powody: brak talentu oraz koty! Brak talentu już załatwiłyśmy wyżej, ale koty? Wiem, że są w sprzedaży specjalne rośliny przyjazne kotom, można kwiaty stawiać na kwietnikach? Masz jakieś pomysły jak rozwiązać taką sytuacje?

Widzę, że to jest duży problem i rozumiem to. Oznaczamy rośliny, które są bezpieczne dla zwierząt – nie ma ich wcale tak mało. To od nich powinniśmy zaczynać przygodę jeżeli mamy w domu zwierzaki. Potem obserwujemy co się dzieje. Obawiam się, że wytrawni kociarze mogą mnie zlinczować, ale sama jestem posiadaczką zwierzyńca i wiem, że moje zwierzęta nie dotykają roślin. Kompletnie je ignorują i nie obawiam się mieć w domu żadnej rośliny.

O jakiej roślinie najbardziej marzysz w swojej kolekcji? 

To nie jest roślina, to jest skala. Mam w domu barierkę wzdłuż schodów, która jest taką industrialną siatką – chciałabym, żeby obrosła pnączami. Myślę, że jeszcze jakieś 2-3 lata.  

Cudowny plan, bardzo życzę Ci zrealizowania go:)

Nie ma więcej wpisów